Bezchmurna noc. Lekki wiatr smaga dachy domów. Przyspieszonym krokiem podążam do niej. Tej jedynej, której obiecałem siebie i swój czas.
Mijam po kolei przystanki autobusowe, raz po raz spotykając śpiącego wzdłuż ławki pijaczka. Przyspieszam kroku. Serce bije szybciej z każdym metrem, który pokonuje, bo wiem, że jestem coraz to bliżej niej.
„Kochanie, czekam na Ciebie…” – To były jej ostatnie słowa.
Tak, już jestem niedaleko, czuję to. Wiatr już znikł, pozostała tylko woń świeżego, nadmorskiego powietrza. Patrzę na zegarek, dochodzi 1:35. Dobrze, trochę się spóźniłem, zawsze wzbudzi to trochę irytacji i emocji. Podchodzę do drzwi. Tuż przed wciśnięciem dzwonka poprawiam spodnie w kroku, bo już mnie tam coś ciśnie i gniecie. Napinam mocno mięśnie brzucha, aby pobudzić krew do działania. Biorę głęboki oddech i powoli wypuszczam powietrze z płuc. Tak, od razu lepiej.
Wciskając dzwonek już wyobrażam sobie, co będzie miała na sobie. Drzwi się otwierają. Wejście do holu spowija mrok, w oddali tylko widać światło świec. Przekraczając próg wiem, że zapowiada się na najciekawszą noc mojego życia. Nieśmiało zdejmuję ciężkie, obłocone glany, które z lekkich uderzeniem kładę na ziemi. Mięśnie napięte, umysł pracuje w 95%. Wchodzę do salonu. Pośrodku świetlnego okręgu stworzonego ze świec widzę adnotację „Jestem w sypialni…”. Trzykropek, kocham ten zwrot, zwłaszcza w takich momentach. Zdecydowanie, ale powoli wspinam się po jasno brązowych schodach na piętro. Read the rest of this entry »
read comments (0)